Pamiętam taki mecz żużlowy na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu ówczesnej drugiej drużyny Sparty Astro Wrocław – rok ‘92. W ciągu prawie dwóch godzin, zawiadujący jako kierownik zawodów Lucjan Korszek ze swoją ekipą doprowadził tor do jazdy i zawody się odbyły. Nieco później na tym samym obiekcie odbył się Finał Indywidualnych Mistrzostw Świat. Znów była ulewa, i ponownie organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Wygrał kolorowy Greg Havelock, z Wielkiej Brytanii. To było w ubiegłym wieku, dziś dwadzieścia lat później – na STADIONIE Z DACHEM, MECZ ODWOŁUJEMY Z POWODU OPADÓW DESZCZU.
I śmieszno, i straszno. Gdyby na mecz przyszło 5 panów wzajemnej adoracji – przeszlibyśmy nad tym do porządku dziennego. Ale do Warszawy przyjechali kibice z całej Polski. Także ci z utrudnioną mobilnością. Jedni i drudzy chcieli dopingować swoją drużynę. Zmierzali do stolicy bez obaw, na stadion z możliwością zasunięcia dachu. Ktoś o tym zadecydował. A kto pokryje koszty? Czas na ludzi, menedżerów - moim zdaniem, którzy widząc deszcz, ulewę, nie zobaczą słońca. Zdrowy rozsądek i tyle. Niewiele wystarczyło – tak wiele zabrakło.
