Po krótkim wstępie wracam więc do sedna. Odwiedziłem niedawno poranny program telewizyjnej dwójki, czyli "Pytanie na Śniadanie". W końcu udało się dotrzeć. Wcześniej bowiem odmawiając, a i korespondując z tematem zawartym w leadzie, miałem trochę zajęć: opowiadając - nomen omen, w jednej z dolnośląskich szkół, o tym, że osoba na wózku, też ma prawo do niej chodzić. Jeden "na czterech", a drugi nie widzi, jak mówił mi kiedyś Stanisław Sojka. Takie życie, ale i nasz obowiązek do zapewniania, wedle możliwości, wyrównywania szans.
Rodzice niepełnosprawnych dzieci są, jak sądzę, a i wiem z doświadczenia, "skazani" na działania według GPS-u, którym jest serce. W tzw. rzadkich chorobach, jak np. mój postępujący zanik mięśni, niekoniecznie wiedzą gdzie się udać, kogo zapytać. Podobnie, jak wiem, w innych przypadkach. Często też pomagają, bo chcą. Po powrocie z "Pytania na Śniadanie", gdzie opowiadałem o działaniach i przełamywaniu barier ojciec poszedł na nockę do pracy, żeby nazajutrz rano zawieźć mnie do pracy. Mama, z kolei, czule opiekując się domem, wstawała, żebym i ja mógł wstać, przewrócić się na drugi bok, w trakcie snu. Nie narzekamy, mierzymy się z każdym dniem, razem z Siostrą, Gosią i sprawdzonymi od lat Przyjaciółmi.
Nie narzekam zatem, ale chciałem zwrócić uwagę, że prócz osób niepełnosprawnych, aktywnych w-skersów, warto dostrzec ich kontekst. Miałem przyjemność niedawno, po raz kolejny prowadzić galę "Na jednym wózku" w Sali Kolumnowej Sejmu RP. Przyjemność i szacunek nie ze względu na miejsce, choć respekt naturalny, ale na uczestników dzieci niepełnosprawne i ich Rodziców. Z wielkim sercem i determinacją. Dziecko Jednych dodaje otuchy i patrzy z nieba, a Mama – tu na ziemi, wspiera i podtrzymuje innych, prowadząc bloga. Galę organizowała Fundacja Promyk Słońca, która na co dzień we Wrocławiu, wspólnie z gminą Wrocław prowadzi różne działania, m.in. przedszkole integracyjne. Czyli pokazując, jak włączać, nie wykluczając.
Dzięki tym pierwszym kontaktom w-skersi potem idą w świat. Mogą być roszczeniowi, w myśl zasady „jeżdżę na wózku, nie widzę, więc mi się należy”, a mogą też – cieszyć się tym dniem, który dostali, szanować chwile i dostrzegać „szklankę do połowy pełną”. Co roku zdaję sobie sprawę, że choroba postępuję. Mogę więc zostać malkontentem: mogę coraz mniej. Wolę jednak zauważyć, że jeszcze mogę, a kasę, której od trzech lat nie przeznaczam na papierosy, zainwestować w podróże – a jakże, w uroczym towarzystwie Zielonookiej Damy. Żeby podczas odwiedzania kolejnych miejsc nabrać energii, do działań. Zatrzymać się przy tym, żeby – z dystansem, docenić to, co mam. Inni mają więcej, „szacun”. Nie chcę, zgodnie ze sztampą, żeby mieli gorzej, zdążając samemu do Mont Everest. Szanując Ludzi obok. Oni są, dzięki Nim - jestem. Na chwilę w okolicach jubileuszu Rodziców, a i przed Dniem Matki - z serca dziękuję!:)
PS. Celowo, nie ja pierwszy, wybrałem inną nazwę święta, nie tę mówiącą o "Europejskim Dniu Walki z Dyskryminacją Osób Niepełnosprawnych".Walczą ze sobą już wszyscy i o wszystko, dlatego – nie tylko ja, wolę słowa: „poprawianie”, „udoskonalanie”, „prawa”. To nie wojna, a uświadamianie. Wojen i walk już dość!

