NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

W-skersowi rodzice, ważni także 6 maja, kiedy przypada Dzień Praw Osób Niepełnosprawnych

fot. Małgorzata Liswoska
Mniej więcej nad Pirenejami czytając prasę, znalazłem prywatno-publiczną korespondencję panów Materny i Markowskiego w „Newsweeku”. Ten pierwszy, nie śpiewa wprawdzie jak jego imiennik Grzegorz z Perfectu, ale dokonał bardzo zacnego comming out'u. Strasznie dużo ich było, m.in: gejów i tych, co ich - o zgrozo - chcą leczyć. Ten jednak dotyczył bycia rodzicem dziecka niepełnosprawnego. Byłem (niestety wiek już inny) dzieckiem niepełnosprawnym. Miałem i mam Rodziców, którzy - pomimo oczywistych trudności - dali radę. Różnimy się merytorycznie, poglądami politycznymi, ale - co do zasady- wiemy, że pomagamy sobie nawzajem. Na szczęście osiągając tzw. korzyści bilateralne. To ważne, na co dzień, ale także w okolicach 6 maja: Europejskiego Dnia Praw Osób Niepełnosprawnych.

Nie lokuję tu produktu pt. "Newsweek". Co więcej wkurzyłem się nawet, przed wieloma tygodniami, na okładkę ze stygmatuzującą fotografią, na której młody człowiek na "właśnie tej wysokości", stoi przed księdzem. Kupiłem wtedy "Politykę" i "Wprost". Drugi raz zdenerwowałem się na jednego z autorów powyższych listów. Krzysztof Materna tworzył - według mnie - niezniszczalny duet z Wojeciechem Mannem. Panowie pokazywali klasę i niezwykłą przyjaźń, ponad: czasem i pieniędzmi. Ich wybór, że na rozstajach dróg rozjechali się w dwie różne strony, ale i moje prawo, żeby powiedzieć/napisać, iż z pewną nostalgią wspominam ten tandem.




Po krótkim wstępie wracam więc do sedna. Odwiedziłem niedawno poranny program telewizyjnej dwójki, czyli "Pytanie na Śniadanie". W końcu udało się dotrzeć. Wcześniej bowiem odmawiając, a i korespondując z tematem zawartym w leadzie, miałem trochę zajęć: opowiadając - nomen omen, w jednej z dolnośląskich szkół, o tym, że osoba na wózku, też ma prawo do niej chodzić. Jeden "na czterech", a drugi nie widzi, jak mówił mi kiedyś Stanisław Sojka. Takie życie, ale i nasz obowiązek do zapewniania, wedle możliwości, wyrównywania szans.


Rodzice niepełnosprawnych dzieci są, jak sądzę, a i wiem z doświadczenia, "skazani" na działania według GPS-u, którym jest serce. W tzw. rzadkich chorobach, jak np. mój postępujący zanik mięśni, niekoniecznie wiedzą gdzie się udać, kogo zapytać. Podobnie, jak wiem, w innych przypadkach. Często też pomagają, bo chcą. Po powrocie z "Pytania na Śniadanie", gdzie opowiadałem o działaniach i przełamywaniu barier ojciec poszedł na nockę do pracy, żeby nazajutrz rano zawieźć mnie do pracy. Mama, z kolei, czule opiekując się domem, wstawała, żebym i ja mógł wstać, przewrócić się na drugi bok, w trakcie snu. Nie narzekamy, mierzymy się z każdym dniem, razem z Siostrą, Gosią i sprawdzonymi od lat Przyjaciółmi.


Nie narzekam zatem, ale chciałem zwrócić uwagę, że prócz osób niepełnosprawnych, aktywnych w-skersów, warto dostrzec ich kontekst. Miałem przyjemność niedawno, po raz kolejny prowadzić galę "Na jednym wózku" w Sali Kolumnowej Sejmu RP. Przyjemność i szacunek nie ze względu na miejsce, choć respekt naturalny, ale na uczestników dzieci niepełnosprawne i ich Rodziców. Z wielkim sercem i determinacją. Dziecko Jednych dodaje otuchy i patrzy z nieba, a Mama – tu na ziemi, wspiera i podtrzymuje innych, prowadząc bloga. Galę organizowała Fundacja Promyk Słońca, która na co dzień we Wrocławiu, wspólnie z gminą Wrocław prowadzi różne działania, m.in. przedszkole integracyjne. Czyli pokazując, jak włączać, nie wykluczając.


Dzięki tym pierwszym kontaktom w-skersi potem idą w świat. Mogą być roszczeniowi, w myśl zasady „jeżdżę na wózku, nie widzę, więc mi się należy”, a mogą też – cieszyć się tym dniem, który dostali, szanować chwile i dostrzegać „szklankę do połowy pełną”. Co roku zdaję sobie sprawę, że choroba postępuję. Mogę więc zostać malkontentem: mogę coraz mniej. Wolę jednak zauważyć, że jeszcze mogę, a kasę, której od trzech lat nie przeznaczam na papierosy, zainwestować w podróże – a jakże, w uroczym towarzystwie Zielonookiej Damy. Żeby podczas odwiedzania kolejnych miejsc nabrać energii, do działań. Zatrzymać się przy tym, żeby – z dystansem, docenić to, co mam. Inni mają więcej, „szacun”. Nie chcę, zgodnie ze sztampą, żeby mieli gorzej, zdążając samemu do Mont Everest. Szanując Ludzi obok. Oni są, dzięki Nim - jestem. Na chwilę w okolicach jubileuszu Rodziców, a i przed Dniem Matki - z serca dziękuję!:)

PS. Celowo, nie ja pierwszy, wybrałem inną nazwę święta, nie tę mówiącą o "Europejskim Dniu Walki z Dyskryminacją Osób Niepełnosprawnych".Walczą ze sobą już wszyscy i o wszystko, dlatego – nie tylko ja, wolę słowa: „poprawianie”, „udoskonalanie”, „prawa”. To nie wojna, a uświadamianie. Wojen i walk już dość!
Trwa ładowanie komentarzy...